Lubię pisać.
Wynika z tego wiele rzeczy. Albo nie wynika z tego nic? Lubię, gdy z mojej głowy wypływają zdania, czasem mające sens, czasem nie bardzo. Płyną sobie, prowadzą dokądś, ale częściej po prostu donikąd i strumyk wysycha, zanim dotrze do celu, jaki by on nie był. Pisanie na blogu, który w zasadzie niczym się nie różni od pamiętnika, bo nikt nań nie zagląda poza mną i osobami, którym podaję link do jakiegoś postu ze względów czysto praktycznych, jak post do RP, ma tę zaletę że jedyne wymogi, jakie mnie dotyczą, to te, które narzucam sama. A tych nie ma wiele: ma być poprawnie w dowolnym ze znanych mi języków i... ma być. Tyle. Nawet wpajane mi przez dwanaście już lat edukacji szkolnej reguły, że każdy tekst ma mieć wstęp, rozwinięcie złożone z logicznie z siebie wynikających punktów i zakończenie podsumowujące ww punkty poleciały przez okno. Czułabym się z tym lepiej, gdyby wyrzuciła je tam moja intencja, ale żyć muszę z faktem, że zrobiło to lenistwo i to, że jestem ograniczona jeśli chodzi o logiczne i literacko poprawne podsumowywanie własnego bełkotu.
(Być może dlatego nigdy nie napiszę jednotomowej powieści; moje zakończenia będą otwarte do usranej śmierci, a głowić się nad ostatecznym końcem będą moje wnuki lub zajmą się nim Jeźdźcy Apokalipsy, przynosząc koniec świata zanim wszyscy moi bohaterowie pomrą.)
Ta upierdliwa niezdolność do doprowadzania myśli i wątków do końca jest zaledwie jednym z efektów tego, że w mojej głowie jest głównie biały szum, jak w telewizorze z zepsutą anteną. Składają się nań przypadkowe myśli, fragmenty piosenek usłyszanych pół roku wcześniej jednym uchem, samotne słowa które chodzą za mną i kołatają mi w mózgu bez powodu, gorsze niż rzepy u psiego ogona bo nie da się ich złapać i wyrzucić. Dzieje się tu wszystko naraz, nic nie ma wielkiego znaczenia, czasem tylko jakaś myśl, problem czy emocja wybije się ponad ten odmęt i pokona większy kawałek nad powierzchnią niczym latająca ryba. Nawet, kiedy autentycznie nad czymś myślę, stada takich szkodników przelatują w poprzek mojego toku myślowego, rozpraszając mnie jak bańkę mydlaną i zapadam z powrotem w jednolicie nierównomierną przestrzeń, w której mogę patrzeć na ścianę przez ładne kilka minut, marząc o niczym.
Zarazem w mojej głowie rodzą się potwory. fantastyczne kreatury, światy, postaci z wielowymiarowymi osobowościami, bogatą historią i charakterem; opowieści, spiski, bajędy i kłamstwa posplatane niczym rzeczywistość. Problem zaczyna się, gdy próbuję to uporządkować lub - ba - chociażby do czegokolwiek wrócić. Wielowymiarowa siatka powiązań, która spontanicznie się w mojej głowie rodzi, powstaje zbyt szybko, by ją zapisać w jakikolwiek sposób, a gdy próbuję się na jakimś detalu zatrzymać, dalsza część pędzi beze mnie i się urywa, ucieka w siną dal, albo zmienia się, gdy skupiam się na jakimś zapomnianym elemencie; stare węzły i połączenia rozpadają się w niepamięć, tworzą się nowe, a im bardziej staram się je uwiecznić, tym bardziej nienaturalne się stają. Pisanie na podstawie czegoś takiego to mordęga i łamigłówka, jakich mało - jak w takiej złożonej strukturze poprowadzić opowieść jedną linią, by uwzględnić wszystko, i to gdy zdarzenia modyfikują ten układ bez końca?
Biorąc pod uwagę to wszystko, aż dziwne wydaje się, że lubię pisać. Może jednak dokładniejsze byłoby stwierdzenie, że lubię mieć coś napisane; sam akt pisarski bowiem nieraz porównywałam do przeciągania sobie drutu kolczastego przez ranę na wylot z powodu wysiłku, jakim okupione jest składanie tekstu tak, żeby nie uszkodzić materii, którą przekładam z konceptu w prozę. Momenty, które dla dobrych pisarzy są normalnym trybem pracy, gdy słowa zbierają się same i układają bez wysiłku, naturalnie, są dla mnie rzadkością i nie trwają długo. Czy kogokolwiek dziwi zatem, że do pisania zabieram się rzadko, rzadziej niż powinnam i niż bym chciała? Praktyka czyni jednak mistrzem, więc za cel stawiam sobie pisanie więcej i lepiej, niż dotychczas; podobnie z rysunkiem.