June 19, 2013

Hey, Furball!



  Look at the cutie that mom found last night, seemingly abandoned, and brought home. 
  It's probably a she, her arch enemy is her tail, unless she spots a pen or a bag strap and she snores a little at night (provided she managed to fall asleep); my hands are once again scratched artfully and my keyboard occasionally trodden on. The tiny devil fits into one of my palms without much trouble and has successfully embarrassed two of our grown-up cats; one still refuses to come close to her, hissing from afar. She's also a little attention whoredrama queen, crying loud when there's nobody in a room and harassing human feet if she is not paid attention to.
  That makes three cats in the household, which proves that I am genetically pre-programmed to be a weird old single lady with seventy cats. :D

June 18, 2013

a noob's excitement

  With more time on my hands than I know what to do with, I am easily lured anywhere on the Web, oft directed by one of my friends. Recently this was how I learned of Ubisoft's newest production, coming out shortly after AC4: Black Flag (which in and of itself makes me giddy every time I as much as think of it - come on, it's ninja pirates! And a new ass in the family!). It was my precious soul sister who introduced me to this seemingly brilliant piece of sandbox brought to a new level: Watch_Dogs. From what I gather from several videos, including a gameplay (with the graphic quality of a cinematic trailer that could be released no more than some three years back, which blows my mind and will surely blow my current gpu to smithereens), the city becomes my playground - literally. Aiden can hack practically anything with a swipe of finger on his smartphone - beating BBC Sherlock's Moriarty by several leagues. Far from a typical hero-protagonist, he is a more interesting, morally questionable character with fantastic mocap, creepy habits and mad skills from the on-the-go hacking, through combat and freerunning to driving not unlike in GTA. Even if I grow to dislike him during gameplay, well - I'll only be breathing on his neck most of the time, and it is my choice whether to drop him off a building or not in retribution for a dick move in the plot, no? c: Another advantage games have over films.
   Another thing are the collector's editions, particularly Vigilante and Dedesec - one with Aiden's cap and mask (asdfghjkl;!) as the cherry on the cake, the other with a 23cm figurine, which doesn't entice me as much - it's cool, but serves no purpose other than gathering dust - but is also packed with an artbook, a map of Chicago, steel casing for the disc and some space-fillers like pins and augmented reality cards (or something). It's the artbook that sings a siren song to me, because concept arts are something I could ogle for hours, then proceed to whine how I'll never draw this good and try anyways, and they occasionally contain some extra trivia about the world, characters, or design itself. However, graphics - and sometimes even artbook scans - can be found online, while donning the original headdress of Pearce and going out to the streets is something I'd rather not pass up; not to mention it's two items less to fabricate if I ever try cosplay. Still, the price is mind-numbing and the perks beside the cap and the mask aren't that fabulous; also, unless I'm mistaken, it costs the same as the dedsec_edition, which is considerably better equipped, both in physical and digital goods.
  #First world problems. Yeah.
  I'm but an aspiring gamer; my entire gaming experience so far is with all the Assassin's Creed games for PC, Tron: Evolution which had more potential than it made use of, and one or two free MMOGs that I quit because the main activity after reaching a certain level was PvP or quests requiring teamwork, which is not exactly my thing. And the "free to play" thing became "free to suck at without shop items". There's a post-it on my wall, however, listing all the games I want to play sometime soon, with AC4 and Watch Dogs on the very top and an unorganized assortment of Dragon Age, Devil May Cry, Witcher, Bioshock Infinite, Mass Effect and Journey below. Fun fact? The ones I'm most obsessed about I have to wait for. Insert a "best things are worth waiting for" quote and I'll punch a wall; waiting for premieres - be it books, films or games - is all I'm doing, apparently. Aside from complaining how I never have the money for everything I want, but let that be kept outside this blog. (:

O klawiatury męczeniu

  Lubię pisać.
  Wynika z tego wiele rzeczy. Albo nie wynika z tego nic? Lubię, gdy z mojej głowy wypływają zdania, czasem mające sens, czasem nie bardzo. Płyną sobie, prowadzą dokądś, ale częściej po prostu donikąd i strumyk wysycha, zanim dotrze do celu, jaki by on nie był. Pisanie na blogu, który w zasadzie niczym się nie różni od pamiętnika, bo nikt nań nie zagląda poza mną i osobami, którym podaję link do jakiegoś postu ze względów czysto praktycznych, jak post do RP, ma tę zaletę że jedyne wymogi, jakie mnie dotyczą, to te, które narzucam sama. A tych nie ma wiele: ma być poprawnie w dowolnym ze znanych mi języków i... ma być. Tyle. Nawet wpajane mi przez dwanaście już lat edukacji szkolnej reguły, że każdy tekst ma mieć wstęp, rozwinięcie złożone z logicznie z siebie wynikających punktów i zakończenie podsumowujące ww punkty poleciały przez okno. Czułabym się z tym lepiej, gdyby wyrzuciła je tam moja intencja, ale żyć muszę z faktem, że zrobiło to lenistwo i to, że jestem ograniczona jeśli chodzi o logiczne i literacko poprawne podsumowywanie własnego bełkotu.
  (Być może dlatego nigdy nie napiszę jednotomowej powieści; moje zakończenia będą otwarte do usranej śmierci, a głowić się nad ostatecznym końcem będą moje wnuki lub zajmą się nim Jeźdźcy Apokalipsy, przynosząc koniec świata zanim wszyscy moi bohaterowie pomrą.)
  Ta upierdliwa niezdolność do doprowadzania myśli i wątków do końca jest zaledwie jednym z efektów tego, że w mojej głowie jest głównie biały szum, jak w telewizorze z zepsutą anteną. Składają się nań przypadkowe myśli, fragmenty piosenek usłyszanych pół roku wcześniej jednym uchem, samotne słowa które chodzą za mną i kołatają mi w mózgu bez powodu, gorsze niż rzepy u psiego ogona bo nie da się ich złapać i wyrzucić. Dzieje się tu wszystko naraz, nic nie ma wielkiego znaczenia, czasem tylko jakaś myśl, problem czy emocja wybije się ponad ten odmęt i pokona większy kawałek nad powierzchnią niczym latająca ryba. Nawet, kiedy autentycznie nad czymś myślę, stada takich szkodników przelatują w poprzek mojego toku myślowego, rozpraszając mnie jak bańkę mydlaną i zapadam z powrotem w jednolicie nierównomierną przestrzeń, w której mogę patrzeć na ścianę przez ładne kilka minut, marząc o niczym.
  Zarazem w mojej głowie rodzą się potwory. fantastyczne kreatury, światy, postaci z wielowymiarowymi osobowościami, bogatą historią i charakterem; opowieści, spiski, bajędy i kłamstwa posplatane niczym rzeczywistość. Problem zaczyna się, gdy próbuję to uporządkować lub - ba - chociażby do czegokolwiek wrócić. Wielowymiarowa siatka powiązań, która spontanicznie się w mojej głowie rodzi, powstaje zbyt szybko, by ją zapisać w jakikolwiek sposób, a gdy próbuję się na jakimś detalu zatrzymać, dalsza część pędzi beze mnie i się urywa, ucieka w siną dal, albo zmienia się, gdy skupiam się na jakimś zapomnianym elemencie; stare węzły i połączenia rozpadają się w niepamięć, tworzą się nowe, a im bardziej staram się je uwiecznić, tym bardziej nienaturalne się stają. Pisanie na podstawie czegoś takiego to mordęga i łamigłówka, jakich mało - jak w takiej złożonej strukturze poprowadzić opowieść jedną linią, by uwzględnić wszystko, i to gdy zdarzenia modyfikują ten układ bez końca?
  Biorąc pod uwagę to wszystko, aż dziwne wydaje się, że lubię pisać. Może jednak dokładniejsze byłoby stwierdzenie, że lubię mieć coś napisane; sam akt pisarski bowiem nieraz porównywałam do przeciągania sobie drutu kolczastego przez ranę na wylot z powodu wysiłku, jakim okupione jest składanie tekstu tak, żeby nie uszkodzić materii, którą przekładam z konceptu w prozę. Momenty, które dla dobrych pisarzy są normalnym trybem pracy, gdy słowa zbierają się same i układają bez wysiłku, naturalnie, są dla mnie rzadkością i nie trwają długo. Czy kogokolwiek dziwi zatem, że do pisania zabieram się rzadko, rzadziej niż powinnam i niż bym chciała? Praktyka czyni jednak mistrzem, więc za cel stawiam sobie pisanie więcej i lepiej, niż dotychczas; podobnie z rysunkiem.

June 13, 2013

I don't mackle enough, I need to mackle more

  Lo and behold, me hearties, here goes the song I've been thrashing to these past few days (because what I do can hardly be called dancing. Then again, a lot of things that don't necessarily resemble said activity are, and nobody throws a hissy fit about it.)
  Having spent ten days in utter bliss, I come back to throw words at you. Celebrując koniec matur oraz edukacji szkolnej, wraz z niesławną grupą beznadziejnych indywiduów pojechałam w góry, gdzie w domku na zboczu o kącie nachylenia jakichś 35 stopni, które pokonywałyśmy niemal dziennie, mieszkałyśmy w tym, co lubię określać jako "burdel studencko-kawalerski": zestawione trzy łóżka o materacach trzech różnych wysokości i miękkości, w których spało cztery w porywach do pięciu osób, każdy talerz i szklanka z innej parafii (wyjątkiem były słoiczki po Nutelli), wstawanie o której się komu zachciało, wieczne kombinowanie czy jest cokolwiek na obiad, ogółem - życie bez zobowiązań poza tymi wobec własnego żołądka. Takiej wolności i beztroski nie zaznałam nigdy wcześniej i możliwe, że nie zaznam nigdy później. Człowiek bowiem, gdzie się nie uda, wszędzie zastaje regulacje: o konkretnej godzinie musi zrobić konkretną rzecz albo być w konkretnym miejscu, albo ktoś go nadzoruje lub kogoś musi nadzorować. Życie codzienne to pasmo obowiązków już od dzieciństwa, gdy rodzice regulują, kiedy jesz, kiedy śpisz, a kiedy się bawisz. Ten wyjazd więc był niezwykle odświeżający w tej wolności; nie czułyśmy nawet potrzeby wykorzystywać jej jakoś szczególnie, na przykład dokonując niezwykłych wyczynów.
  Oczywiście, nie wszystkim nam było tak lekko; ktoś musiał pójść po bułki, ktoś ugotować obiad, ktoś posprzątać i pozmywać. Niektóre z nas wciąż kompletowały teczkę na studia, jedna musiała po kilku dniach wrócić na egzaminy. Życie się o nas dopominało, ale przez większość czasu nasze wakacje były dokładnie tym - wakacjami. Wbrew prognozom wszelkich krewnych i znajomych, nie zaczęłyśmy sobie skakać do gardeł, żyjąc w osiem osób w jednym małym budynku, co dowodzić może zarówno zgrania grupy, jak i tego, że być może tłumimy jakieś konflikty. Taki kwas potrafiłybyśmy jednak wyczuć, więc nie sądzę, by chodziło o to drugie.

June 04, 2013

SMH

  Poziom blogów-stad tworzonych przez użytkowników Howrse doprowadza mnie do bólu kręgów szyjnych od kręcenia głową z rezygnacją. Jak można być takim grafomanem i jeszcze mieć dość tupetu, by to publikować? A potem zapraszać innych do czytania i popełniania tej samej zbrodni na sztuce pisarskiej? Nie wiem już, czy bardziej mnie przeraża pożal-się-Boże "pisarstwo", nieprawdopodobna szablonowość postaci w większości przypadków będąca wzorcowym, rozbuchanym marysuizmem, czy ilość tych blogów i tempo, w jakim powstają. Sam fakt ich istnienia sprawia, że chce mi się wyć, a moja wiara w ludzkość jako rasę inteligentną kurczy się szybciej niż pula biletów na koncert Justina Biebera.
  Czasem mnie nachodzi na krytykę, i palce mnie świerzbią żeby chlasnąć wszystko, co o danym blogu myślę, prosto z mostu i dużymi słowami, ale wiem, że byłoby to walenie grochem o ścianę - zostałabym nazwana hejterem, może nawet zazdrośnikiem, oskarżona o obrazę majestatu, potraktowana jak najgorszy wróg albo - jeszcze gorzej - zignorowana, mój komentarz usunięty. Nawet (zwłaszcza?), jeśli krytykę ujęłabym w możliwie konstruktywny sposób, na celu mając wspomożenie młodego grafomana, aby z tej postaci larwalnej wyewoluował kiedyś (im szybciej, tym lepiej) w autora, którego teksty się da czytać, bo generalnie lubię o sobie myśleć w kategoriach dobrej istoty ludzkiej i mam jakieś chore zapędy altruistyczne. Dla własnego zdrowia psychicznego się więc powstrzymuję, zamykam kartę, a kiedy czara goryczy się przelewa i nie mogę dłużej siedzieć cicho, przychodzę na swojego nikomu nieznanego bloga i tu wylewam w błogosławionej samotności swe żale nad poziomem prozy młodych Polaków. Przebija ona bowiem wszelkie abstrachuje i potwory, jakie kiedykolwiek przewinęły się przez wtffanfiction, i to niejednokrotnie bijąc je wszystkie jednym postem na głowę.
  Należy mi się chyba cholerny medal za samokontrolę. Gdybym nie wolała swoich problemów (#FirstWorldProblems of a sheltered white girl, yeah) wytłuc na klawiaturze, już dawno byście słyszeli o rozlewie krwi gdzieś w mojej okolicy.

June 02, 2013

Dookoła świata - Magnus, intro.

  Zajęło to miesiące, wypełnione kombinowaniem i oszczędnością, do jakiej początkowo nie potrafił przywyknąć, jednak w końcu Magnus mógł spojrzeć na stan swojego konta i z zadowoleniem stwierdzić, czas na wakacje. Dwa tygodnie później oddał klucze mieszkania w Antwerpii dwójce meksykańskich couchsurferów, spakował swój skromny dobytek, sprzedał to, czego nie mógł zabrać, i ruszył do Włoch. Korzystając z darmowego wi-fi w McD's pod Lyon, trafił na ogłoszenie, które omal nie utonęło w morzu innych, zagłuszone reklamami organizacji i biur podróży. Nierzucające się w oczy, jako jedyne z tysiąca ofert przykuło jego uwagę absolutną prostotą - żadnego planu, żadnych ustalonych opłat, żadnych umów i aneksów, dopisków drobnym drukiem. Nie było nawet porządnej strony internetowej. Przyjazny głos dziewczyny, która odebrała telefon, i jej lekkie roztrzepanie pokrywały się z wrażeniem spontaniczności i dużej dozy optymizmu, jakie wywarł na nim charakter notki w internecie. Zmierzając na miejsce spotkania w Wiecznym Mieście, w odbiciu w szybie pociągu czy przejeżdżającego auta odnajdywał swój uśmiech, widok przez długi czas niemal zapomniany pod troskami codzienności. Perspektywa spotkania nowych ludzi, otwartych i żądnych przygody... brzmiała jak z powieści młodzieżowej, fantastycznie, naiwnie i nieprawdopodobnie. A jednak jechał ich spotkać i napełniało go to dziecinną ekscytacją jak oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę w Wigilię. Ziemia paliła mu się pod nogami, gdy łapał stopa przez granicę z Włochami na E70 i gdy szukał jakiegokolwiek dalszego transportu na południe.
  Do Antico Caffè Greco zdążył na czas chyba tylko przez kaprys tego zmiennego szczęścia, które towarzyszy młodym i naiwnym, tym mającym dość bezczelności, by marzyć. Dotarł do Florencji, gdzie uciekł mu pociąg do stolicy. Markotnie wędrując po starówce, w jednej z bocznych uliczek zderzył się z biegnącymi gdzieś zakapturzonymi postaciami. Okazały się być dwójką dziewczyn na objazdowej wycieczce śladami - a jakże - Assassin's Creed, które zgodziły się podrzucić go natychmiast do Rzymu. Jazdę spędził, słuchając z tylnego siedzenia ich niekończącej się geek talk przeplatanej suto historią sztuki ("Uccello był straszny, widziałeś jego konie? Lepsze niż w AC3, kosmos"), pożegnały go zaś ciastkami i obietnicą, że się jeszcze gdzieś, kiedyś spotkają.
  Podniesiony na duchu i oszołomiony ich zaraźliwą beztroską, pospiesznie zmierzał do Antico Caffè Greco, modląc się w duchu do wszelkich bóstw istniejących i nie o to, by podróżnicy jeszcze tam byli. Kilka metrów od wejścia zatrzymał się, nagle niepewny. Obok niego usiadł szary, pręgowany kot i obdarzył go taksującym spojrzeniem.
   - Dzięki za wiarę - burknął z rozbawieniem i schylił się wolno, wyciągając do zwierzęcia dłoń. Uśmiechnął się, czując szorstki języczek na palcach - najwyraźniej został tam posmak kremu z ciastek od dwóch asasynek.
   - To Hiszpania? - usłyszał czyjś krzyk i uniósł głowę. W drzwiach kawiarni stała dziewczyna o krótkich, rozwianych włosach, wołająca do kogoś w środku. Z jej torby wychynęła nagle kocia głowa i potoczyła zaspanymi oczami po ulicy, zatrzymując wzrok na jego nowym znajomym. Wstał, żeby lepiej widzieć, do kogo się zwracała, i niemal natychmiast zidentyfikował sporą grupę młodych ludzi. To oni, pomyślał z ulgą, i podszedł do dziewczyny w drzwiach. Kątem oka dostrzegł, iż kot, z którym się przed chwilą zapoznał, wyprzedził go i ociera się o jej nogi.
   - Dopiero przyjechałem do Włoch, a już chcecie uciekać? Zero docenienia dla pozostałości największego cesarstwa w dziejach, zero. - pokręcił głową z udawaną przyganą w głosie. Spojrzał lekko zdumionej dziewczynie w oczy i uśmiechnął się, przełykając falę niepewności, jaka go nagle dopadła. Wyciągnął rękę. - Magnus Tjäder. Należysz do podróżników, tak? Od Eiry?

InNoWriMo...

...czyli Individual Novel Writing Month, moja osobista wariacja od NaNoWriMo - organizowanej na całym świecie akcji dla ludzi każdej płci, narodowości, wieku i rozmiaru buta. National Novel Writing Month - Narodowy Miesiąc Pisania Powieści - odbywa się od 1999 roku z rosnącą popularnością. Cała rzecz sprowadza się do tego, że Office of Letters and Light - organizacja nonprofit, która zarządza całą akcją - co roku wzywa Internet do napisania 50 000 słów w 30 dni i nocy. Setki tysięcy osób podejmują wyzwanie; niektórzy przebijają magiczny numer 50k, po czym spędzają kolejne miesiące uzupełniając, poprawiając i dopieszczając tekst, z którym następnie biegną od wydawnictwa do wydawnictwa; inni przez miesiąc nie przykładają pióra do kartki, nie mając czasu lub pomysłu, lub wręcz przeciwnie - pomysłów mając zbyt wiele.
  Sama należę do tej ostatniej kategorii; w listopadzie, kiedy pisarskie szaleństwo się rokrocznie odbywa, wciąż byłam w klasie maturalnej, ścigając oceny i desperacko próbując skompilować wiedzę z trzech lat w możliwy do powtórzenia przed maturą materiał, dodatkowo nie bardzo wiedząc, o czym u diabła miałabym pisać. Powzięłam jednak wtedy z moją partnerką zbrodni wszelakiej mocne postanowienie, że gdy matury i szkoła nam zejdą z głowy, a stres studiów i pracy jeszcze się nie zacznie, urządzimy nasze własne 'nano'.
  Byłabym o tym zapomniała, gdybym kilka dni temu nie założyła tego bloga kierowana wyłącznie niejaką konsternacją, że mam konto na Bloggerze, żeby śledzić parę blogów, nie mam jednak własnego. Przewidywałam przy tym jego niezbyt odległy w czasie zgon, gdyż zapał do blogowania - z jednym wyjątkiem, tumblr jednak to zupełnie inna kategoria prowadzenia weblogu - mam słomiany. Ilość i częstotliwość słów, jakie z siebie tutaj jednak wyrzucam, przypomniały mi, że lubię się znęcać nad klawiaturą od czasu do czasu i że podobno ma to nawet jakąś wartość literacką; a że zaczął się nowy miesiąc, pomyślałam, what better time than now.
  Mam przed sobą cztery miesiące wolności. Mogę pisać ile i kiedy chcę, skoro po nocach i tak nie śpię a za dnia niczym szczególnie produktywnym się nie zajmuję. Dodatkowo, tym razem mam konkretny koncept, zrodzony w lutym bodajże, gdy na historii siedziałyśmy z w/w partnerką skulone na ziemi przy kaloryferze, dzieląc się słuchawkami z radioaktywnymi wyobrażonymi smokami i wypuszczając myśli na manowce zamiast skupić się na wykładzie. Bóg chyba w tym momencie upuścił wazę z natchnieniem i całkiem sporo się wylało na ten nasz ziemski padół, bo K w tej samej chwili również doznała olśnienia, w okamgnieniu tworząc fantastyczny świat i postaci, które wkrótce długopis miał obudzić do życia. 
  Piosenkę, która mojej potrzebie pisarskiej jest winna, zamieszczam, bo mogę. I dlatego, że lubię mieć rzeczy, które mnie inspirują, u siebie. c:

May 31, 2013

Tirra goes to the movies (and gets overly excited.)


  So guess who finally got her shit together and went to see Gatsby, only to be met in the theater with this trailer?
  Not to demean the adaptation of Fitzgerald, but I'd lie if I said it was the film that I've been thinking about for the better part of today. Of course, it was great in its own right - I was admittedly impressed with the sheer splendour of the sets and costumes, although the takes that served only to rub the 3D in our faces annoyed me even in the good ol' two dimensions and I got the impression that the concept and overall feel of the film was somewhat unpolished. But... to the point.
  The trailer in question is pasted above for your amusement. If you know the first thing about Woodkid (other than my unhealthy obsession for that goddamn bearded midget), then you've heard Run Boy Run. And if you watch the above video, you'll soon connect the dots that form the reason behind my barely contained velociraptor screech and wild flailing/thrashing in my seat that I kept under control just enough not to attract the attention of the cinema workers who would politely ask whether to call the ambulance or I'll leave on my own.
  (Yes, I got it this bad for his music.)
  Frankly, I'm surprised this film wasn't all over my tumblr dash for past few weeks at the very least; not only it has Alfred (I'm so sorry mr Caine, it's either Alfred or Miles from Inception), dr Banner - I mean Mark Ruffalo - and Jesse Eisenberg along with Morgan Freeman himself; it has sparkling VFX that every person who ever appreciated Tron would drool over, potentially Inception-worthy plot and enough action to challenge any of Marvel's Phase One films. For me, that's enough of a bait to wait eagerly for the premiere, which in Poland is - lo and behold - on 28th of June, nearly a month from now, which, in turn, makes me somewhat glad - its mysterious absence from tumblr, if unbroken by today's premiere, will keep me blissfully spoiler-safe.
  Ever since I first decided movies are my thing soon before JC's rampant CGI blockbuster "Avatar" hit theaters, my life pretty much boiled down to waiting for upcoming films. These days I await an opportunity to see Star Trek: Into Darkness, Man of Steel, Thor: The Dark World (aka In Which Loki's Under Control but His Locks Aren't) and pretty much everything Marvel got up their sleeves; Only Lovers Left Alive and somewhere close to half a dozen other things that slipped my mind for the moment. See, the life of a mass culture appreciator is a busy one.
  I should be blogging less. And less in English. This was supposed to be a bilingual blog, for fuck's sake. x)

Regarding tattoos;

  As most young people (at least I believe this is true for most young people), I find tattoos to be a rather enticing way of changing one's looks. Long ago have I abandoned concerns about how it would look in thirty years; the quality and availability of laser removal services have vastly improved (if not cheapened) since I first decided that tats are cool and I want one, and by the time I actually get one - let alone decide I don't want it anymore, if it ever happens - they will have improved even more. One of my classmates had his forearm inked almost as soon as he turned 18 and no longer needed parents' consent to visit a tattoo studio; a close friend of mine has just unwrapped her favourite Tolkien quote around her ribs. Call it foolishness of the youth, but although I can't vouch for the guy - we had barely any conversation at school at all - I know my friend's decision was a fully conscious and well thought-out one. Maybe we are exceptions, but for us both, and for most of the few people with whom I have breached the subject, a tattoo is a statement, a reminder to self, or a proclamation: not something to be taken lightly by anyone, let alone ourselves. The idea of barging into a studio on a whim and getting a bunch of stars down your arm (or face) gets an eyebrow raise from us; have fun regretting that, indeed.
  This is the main reason why I still haven't even neared a parlor yet: the permanence of the meaning must match that of the ink. Even though the removal is, as I mentioned, increasingly easy, I think on my choice as though the lines were there to perish no sooner than in my grave (yeah, I got poetical there; basically I'm simply realistic about my probable ability to shell out enough money for the lasers). See, I still haven't picked what I want; there are several themes I am attracted to, including feathers, birds, deer and trees - the last in particular - but seeing as I have, and have had for close to a year, a growing obsession about one Yoann Lemoine, also known as Woodkid, I have more than once given thought to inking his keys on the inside of my wrist, at the small of my back or elsewhere along my spine - the location at the base of neck as depicted in the video for Iron is neat, but pretty exposed, and I'd like my first tattoo to be easily concealed should the circumstances call for it.
More than just thought, actually.
  One of the other ideas I've had (and still haven't discarded) is a caption on the wrist, reading "Notes", along with several lines to take down data when I'm out of paper or need to remember something important. Practicality at its best, wouldn't you agree? (;

What next?

Driven mad by an infuriatingly minor writer's block, I took the pen to my own skin. Didn't really help with the block, but turned out neat either way; I did consider getting a permanent one like this at one point.
As a casual typer/aspiring writer, I oft struggle with this simple question. I may have a story arc clear in my head, with a varying number of established plot points that may or may not stray from the original course of action as I progress and the story evolves, but once I have one of them written down comes the inevitable: how do I get to the next big moment? What happens now, right now?
In the end, I usually write whatever seems passably logical for the moment to get past this hollow space in my plot-designing and come back later, when the story is developing more smoothly afterwards, to polish off the rough edges or rewrite the entire part to better suit whatever action ensues. It is hard, though, to keep my mind off this dilemma; sometimes I stare at the blinking cursor or white piece of paper for long minutes with my mind blank, devoid of ideas. Constructing even one suitable sentence seems a titanic effort and I stubbornly refuse to skip passages and write something two chapters away, which is probably foolish - at least I'd be writing, no? - yet I know I have the tendency to wander with my words, getting further and further away from the original point I was trying to get across; if I forwent continuity, I'd soon be lost in a wasteland somewhere miles away from my own tale.
Perhaps I ought to try it anyways and keep a better lid on my own errant writing; no harm in trying, ecpecially since I do it for myself without plans or obligations. No better time for learning than now, as men wiser than me would say.