Showing posts with label lang:bi. Show all posts
Showing posts with label lang:bi. Show all posts

June 13, 2013

I don't mackle enough, I need to mackle more

  Lo and behold, me hearties, here goes the song I've been thrashing to these past few days (because what I do can hardly be called dancing. Then again, a lot of things that don't necessarily resemble said activity are, and nobody throws a hissy fit about it.)
  Having spent ten days in utter bliss, I come back to throw words at you. Celebrując koniec matur oraz edukacji szkolnej, wraz z niesławną grupą beznadziejnych indywiduów pojechałam w góry, gdzie w domku na zboczu o kącie nachylenia jakichś 35 stopni, które pokonywałyśmy niemal dziennie, mieszkałyśmy w tym, co lubię określać jako "burdel studencko-kawalerski": zestawione trzy łóżka o materacach trzech różnych wysokości i miękkości, w których spało cztery w porywach do pięciu osób, każdy talerz i szklanka z innej parafii (wyjątkiem były słoiczki po Nutelli), wstawanie o której się komu zachciało, wieczne kombinowanie czy jest cokolwiek na obiad, ogółem - życie bez zobowiązań poza tymi wobec własnego żołądka. Takiej wolności i beztroski nie zaznałam nigdy wcześniej i możliwe, że nie zaznam nigdy później. Człowiek bowiem, gdzie się nie uda, wszędzie zastaje regulacje: o konkretnej godzinie musi zrobić konkretną rzecz albo być w konkretnym miejscu, albo ktoś go nadzoruje lub kogoś musi nadzorować. Życie codzienne to pasmo obowiązków już od dzieciństwa, gdy rodzice regulują, kiedy jesz, kiedy śpisz, a kiedy się bawisz. Ten wyjazd więc był niezwykle odświeżający w tej wolności; nie czułyśmy nawet potrzeby wykorzystywać jej jakoś szczególnie, na przykład dokonując niezwykłych wyczynów.
  Oczywiście, nie wszystkim nam było tak lekko; ktoś musiał pójść po bułki, ktoś ugotować obiad, ktoś posprzątać i pozmywać. Niektóre z nas wciąż kompletowały teczkę na studia, jedna musiała po kilku dniach wrócić na egzaminy. Życie się o nas dopominało, ale przez większość czasu nasze wakacje były dokładnie tym - wakacjami. Wbrew prognozom wszelkich krewnych i znajomych, nie zaczęłyśmy sobie skakać do gardeł, żyjąc w osiem osób w jednym małym budynku, co dowodzić może zarówno zgrania grupy, jak i tego, że być może tłumimy jakieś konflikty. Taki kwas potrafiłybyśmy jednak wyczuć, więc nie sądzę, by chodziło o to drugie.