Showing posts with label noises in my head(phones). Show all posts
Showing posts with label noises in my head(phones). Show all posts

July 30, 2013

Terror will strike her


  Też macie te piosenki, których w pewnej chwili macie potrzebę posłuchać, po czym odtwarzacie ją przez dwie godziny w kółko? Dziś taym utworem jest Kiedy stanie się noc, piosenka Rasputina z Anastazji, filmu notorycznie przypisywanego Disneyowi, a który Disneyowski nie jest. Nie wiem, czy gdzieś po youtube krążywersja polska, równie dobra zresztą; składa się jednak tak, że to wykonanie Iana Cummingsa dobiega z moich słuchawek dziś wieczór.
  Z innych wieści, AO3 posiada żenująco mały wybór fanfiction dla mojego ostatniego OTP z Deus Ex: Human Revolution; zaledwie 10 prac, z czego trzy pisane bukwami, a jeden (co zabawne, chyba ten najlepiej napisany) po polsku. I choć generalnie moje doświadczenie z fanfiction ograniczam niemal wyłącznie do tekstów angielskich, z niejaką satysfakcją przyznaję, że Deus ex Amor jest napisane świetnie, w soczystym, dynamicznym stylu nieco podobnym do Grzędowicza, jednak o niższym natężeniu testosteronu i większym skupieniu na emocjach postaci i wiarygodnym portrecie psychologicznym, co wydaje się łatwe w fanfiction - w końcu postaci już są, wystarczy je wziąć i wstawić w swoją historię - takie jednak nie jest. Co mnie frustruje, to to, że w połowie rozdziału czwartego utknęłam na dylemacie: czytać dalej, czy najpierw przejść grę? Narazić się na spoilery czy ponieść kolejne piętnaście porażek w pierwszej boss fight? (Czyj to był w ogóle genialny pomysł, umieścić tak trudnego bossa na niemal samym początku rozgrywki?)
  Mój problem chyba rozwiązał sam Steam, odmawiając uruchomienia gry pod pretekstem "skanowania w poszukiwaniu aktualizacji gier" która trwała bez końca.
  A spójrzcie, nie. Już działa. Przez dwa tygodnie odwlekałam ponowne próby pokonania Barretta, obmyślając strategie wykorzystujące mój żałosny ekwipunek - jeden granat, pistolet maszynowy i karabin snajperski, do tego mój chyba jedyny atut - wyrzutnia rakiet, po którą (po poniesieniu jakichs piętnastu śmierci w mniej niż pół minuty każda) wracałam przez cały budynek - i jeśli najnowsza zawiedzie, przełączam się z trybu Give me a Challenge do najprostszego jak ostatni noob. Assassin's Creed mnie nie przygotowało do takich wyzwań.
  I ja chcę projektować gry, a nie potrafię jednej przejść. //facepalm

June 13, 2013

I don't mackle enough, I need to mackle more

  Lo and behold, me hearties, here goes the song I've been thrashing to these past few days (because what I do can hardly be called dancing. Then again, a lot of things that don't necessarily resemble said activity are, and nobody throws a hissy fit about it.)
  Having spent ten days in utter bliss, I come back to throw words at you. Celebrując koniec matur oraz edukacji szkolnej, wraz z niesławną grupą beznadziejnych indywiduów pojechałam w góry, gdzie w domku na zboczu o kącie nachylenia jakichś 35 stopni, które pokonywałyśmy niemal dziennie, mieszkałyśmy w tym, co lubię określać jako "burdel studencko-kawalerski": zestawione trzy łóżka o materacach trzech różnych wysokości i miękkości, w których spało cztery w porywach do pięciu osób, każdy talerz i szklanka z innej parafii (wyjątkiem były słoiczki po Nutelli), wstawanie o której się komu zachciało, wieczne kombinowanie czy jest cokolwiek na obiad, ogółem - życie bez zobowiązań poza tymi wobec własnego żołądka. Takiej wolności i beztroski nie zaznałam nigdy wcześniej i możliwe, że nie zaznam nigdy później. Człowiek bowiem, gdzie się nie uda, wszędzie zastaje regulacje: o konkretnej godzinie musi zrobić konkretną rzecz albo być w konkretnym miejscu, albo ktoś go nadzoruje lub kogoś musi nadzorować. Życie codzienne to pasmo obowiązków już od dzieciństwa, gdy rodzice regulują, kiedy jesz, kiedy śpisz, a kiedy się bawisz. Ten wyjazd więc był niezwykle odświeżający w tej wolności; nie czułyśmy nawet potrzeby wykorzystywać jej jakoś szczególnie, na przykład dokonując niezwykłych wyczynów.
  Oczywiście, nie wszystkim nam było tak lekko; ktoś musiał pójść po bułki, ktoś ugotować obiad, ktoś posprzątać i pozmywać. Niektóre z nas wciąż kompletowały teczkę na studia, jedna musiała po kilku dniach wrócić na egzaminy. Życie się o nas dopominało, ale przez większość czasu nasze wakacje były dokładnie tym - wakacjami. Wbrew prognozom wszelkich krewnych i znajomych, nie zaczęłyśmy sobie skakać do gardeł, żyjąc w osiem osób w jednym małym budynku, co dowodzić może zarówno zgrania grupy, jak i tego, że być może tłumimy jakieś konflikty. Taki kwas potrafiłybyśmy jednak wyczuć, więc nie sądzę, by chodziło o to drugie.