Showing posts with label restless fingers. Show all posts
Showing posts with label restless fingers. Show all posts

August 20, 2013

Life is easier where the walls are red [excerpt]

   "Beautiful, isn't it," she said softly, her eyes locked on the horizon. He cast a glance that way, wondering what is it she saw in the familiar angles of the city he knew like the backs of his hands, worn with living and ordinary. The rain kept pounding down, flattening her short hair and meandering down her cheeks, washing tears away. Her eyes shone with a weary kind of wonder, strikingly vibrant grey in the first rays of sun casting horizontally across the steady downpour. Her eyelids quivered in the bright light and raindrops, and she blinked several times to shake them from her eyelashes, looking at him. "Light is the most beautiful thing in this world. It only ever boils down to this; nothing would amaze without light to play its games with shadow over edges and borders." She turns pensive for a moment. "Music must be the only exception; the only thing that can be beautiful without light, and what a world would it be without music? We all as well could be blind."   He kept watching her, unsure if what he heard was a revelation or nonsensical babbling.
Excerpt from a short story I wrote today, having half-dreamed, half-imagined it two nights ago when drifting off to sleep and fantasizing about meeting Woodkid. Full text posted here

June 18, 2013

O klawiatury męczeniu

  Lubię pisać.
  Wynika z tego wiele rzeczy. Albo nie wynika z tego nic? Lubię, gdy z mojej głowy wypływają zdania, czasem mające sens, czasem nie bardzo. Płyną sobie, prowadzą dokądś, ale częściej po prostu donikąd i strumyk wysycha, zanim dotrze do celu, jaki by on nie był. Pisanie na blogu, który w zasadzie niczym się nie różni od pamiętnika, bo nikt nań nie zagląda poza mną i osobami, którym podaję link do jakiegoś postu ze względów czysto praktycznych, jak post do RP, ma tę zaletę że jedyne wymogi, jakie mnie dotyczą, to te, które narzucam sama. A tych nie ma wiele: ma być poprawnie w dowolnym ze znanych mi języków i... ma być. Tyle. Nawet wpajane mi przez dwanaście już lat edukacji szkolnej reguły, że każdy tekst ma mieć wstęp, rozwinięcie złożone z logicznie z siebie wynikających punktów i zakończenie podsumowujące ww punkty poleciały przez okno. Czułabym się z tym lepiej, gdyby wyrzuciła je tam moja intencja, ale żyć muszę z faktem, że zrobiło to lenistwo i to, że jestem ograniczona jeśli chodzi o logiczne i literacko poprawne podsumowywanie własnego bełkotu.
  (Być może dlatego nigdy nie napiszę jednotomowej powieści; moje zakończenia będą otwarte do usranej śmierci, a głowić się nad ostatecznym końcem będą moje wnuki lub zajmą się nim Jeźdźcy Apokalipsy, przynosząc koniec świata zanim wszyscy moi bohaterowie pomrą.)
  Ta upierdliwa niezdolność do doprowadzania myśli i wątków do końca jest zaledwie jednym z efektów tego, że w mojej głowie jest głównie biały szum, jak w telewizorze z zepsutą anteną. Składają się nań przypadkowe myśli, fragmenty piosenek usłyszanych pół roku wcześniej jednym uchem, samotne słowa które chodzą za mną i kołatają mi w mózgu bez powodu, gorsze niż rzepy u psiego ogona bo nie da się ich złapać i wyrzucić. Dzieje się tu wszystko naraz, nic nie ma wielkiego znaczenia, czasem tylko jakaś myśl, problem czy emocja wybije się ponad ten odmęt i pokona większy kawałek nad powierzchnią niczym latająca ryba. Nawet, kiedy autentycznie nad czymś myślę, stada takich szkodników przelatują w poprzek mojego toku myślowego, rozpraszając mnie jak bańkę mydlaną i zapadam z powrotem w jednolicie nierównomierną przestrzeń, w której mogę patrzeć na ścianę przez ładne kilka minut, marząc o niczym.
  Zarazem w mojej głowie rodzą się potwory. fantastyczne kreatury, światy, postaci z wielowymiarowymi osobowościami, bogatą historią i charakterem; opowieści, spiski, bajędy i kłamstwa posplatane niczym rzeczywistość. Problem zaczyna się, gdy próbuję to uporządkować lub - ba - chociażby do czegokolwiek wrócić. Wielowymiarowa siatka powiązań, która spontanicznie się w mojej głowie rodzi, powstaje zbyt szybko, by ją zapisać w jakikolwiek sposób, a gdy próbuję się na jakimś detalu zatrzymać, dalsza część pędzi beze mnie i się urywa, ucieka w siną dal, albo zmienia się, gdy skupiam się na jakimś zapomnianym elemencie; stare węzły i połączenia rozpadają się w niepamięć, tworzą się nowe, a im bardziej staram się je uwiecznić, tym bardziej nienaturalne się stają. Pisanie na podstawie czegoś takiego to mordęga i łamigłówka, jakich mało - jak w takiej złożonej strukturze poprowadzić opowieść jedną linią, by uwzględnić wszystko, i to gdy zdarzenia modyfikują ten układ bez końca?
  Biorąc pod uwagę to wszystko, aż dziwne wydaje się, że lubię pisać. Może jednak dokładniejsze byłoby stwierdzenie, że lubię mieć coś napisane; sam akt pisarski bowiem nieraz porównywałam do przeciągania sobie drutu kolczastego przez ranę na wylot z powodu wysiłku, jakim okupione jest składanie tekstu tak, żeby nie uszkodzić materii, którą przekładam z konceptu w prozę. Momenty, które dla dobrych pisarzy są normalnym trybem pracy, gdy słowa zbierają się same i układają bez wysiłku, naturalnie, są dla mnie rzadkością i nie trwają długo. Czy kogokolwiek dziwi zatem, że do pisania zabieram się rzadko, rzadziej niż powinnam i niż bym chciała? Praktyka czyni jednak mistrzem, więc za cel stawiam sobie pisanie więcej i lepiej, niż dotychczas; podobnie z rysunkiem.

May 31, 2013

What next?

Driven mad by an infuriatingly minor writer's block, I took the pen to my own skin. Didn't really help with the block, but turned out neat either way; I did consider getting a permanent one like this at one point.
As a casual typer/aspiring writer, I oft struggle with this simple question. I may have a story arc clear in my head, with a varying number of established plot points that may or may not stray from the original course of action as I progress and the story evolves, but once I have one of them written down comes the inevitable: how do I get to the next big moment? What happens now, right now?
In the end, I usually write whatever seems passably logical for the moment to get past this hollow space in my plot-designing and come back later, when the story is developing more smoothly afterwards, to polish off the rough edges or rewrite the entire part to better suit whatever action ensues. It is hard, though, to keep my mind off this dilemma; sometimes I stare at the blinking cursor or white piece of paper for long minutes with my mind blank, devoid of ideas. Constructing even one suitable sentence seems a titanic effort and I stubbornly refuse to skip passages and write something two chapters away, which is probably foolish - at least I'd be writing, no? - yet I know I have the tendency to wander with my words, getting further and further away from the original point I was trying to get across; if I forwent continuity, I'd soon be lost in a wasteland somewhere miles away from my own tale.
Perhaps I ought to try it anyways and keep a better lid on my own errant writing; no harm in trying, ecpecially since I do it for myself without plans or obligations. No better time for learning than now, as men wiser than me would say. 

May 29, 2013

/untitled/

  I am restless.
  I grow impatient, waiting for a message, for a green light to write a short story for the RP blog I've applied to; for someone to react to my input. I'm waiting. Eager to show off my literary feathers, flaunt my language, start building a personality for the OC. My fingers itch to type, my mind buzzes with words unwritten, dancing in and out of sentences eager to be spun like tapestry of prose.