Showing posts with label InNoWriMo. Show all posts
Showing posts with label InNoWriMo. Show all posts

June 02, 2013

InNoWriMo...

...czyli Individual Novel Writing Month, moja osobista wariacja od NaNoWriMo - organizowanej na całym świecie akcji dla ludzi każdej płci, narodowości, wieku i rozmiaru buta. National Novel Writing Month - Narodowy Miesiąc Pisania Powieści - odbywa się od 1999 roku z rosnącą popularnością. Cała rzecz sprowadza się do tego, że Office of Letters and Light - organizacja nonprofit, która zarządza całą akcją - co roku wzywa Internet do napisania 50 000 słów w 30 dni i nocy. Setki tysięcy osób podejmują wyzwanie; niektórzy przebijają magiczny numer 50k, po czym spędzają kolejne miesiące uzupełniając, poprawiając i dopieszczając tekst, z którym następnie biegną od wydawnictwa do wydawnictwa; inni przez miesiąc nie przykładają pióra do kartki, nie mając czasu lub pomysłu, lub wręcz przeciwnie - pomysłów mając zbyt wiele.
  Sama należę do tej ostatniej kategorii; w listopadzie, kiedy pisarskie szaleństwo się rokrocznie odbywa, wciąż byłam w klasie maturalnej, ścigając oceny i desperacko próbując skompilować wiedzę z trzech lat w możliwy do powtórzenia przed maturą materiał, dodatkowo nie bardzo wiedząc, o czym u diabła miałabym pisać. Powzięłam jednak wtedy z moją partnerką zbrodni wszelakiej mocne postanowienie, że gdy matury i szkoła nam zejdą z głowy, a stres studiów i pracy jeszcze się nie zacznie, urządzimy nasze własne 'nano'.
  Byłabym o tym zapomniała, gdybym kilka dni temu nie założyła tego bloga kierowana wyłącznie niejaką konsternacją, że mam konto na Bloggerze, żeby śledzić parę blogów, nie mam jednak własnego. Przewidywałam przy tym jego niezbyt odległy w czasie zgon, gdyż zapał do blogowania - z jednym wyjątkiem, tumblr jednak to zupełnie inna kategoria prowadzenia weblogu - mam słomiany. Ilość i częstotliwość słów, jakie z siebie tutaj jednak wyrzucam, przypomniały mi, że lubię się znęcać nad klawiaturą od czasu do czasu i że podobno ma to nawet jakąś wartość literacką; a że zaczął się nowy miesiąc, pomyślałam, what better time than now.
  Mam przed sobą cztery miesiące wolności. Mogę pisać ile i kiedy chcę, skoro po nocach i tak nie śpię a za dnia niczym szczególnie produktywnym się nie zajmuję. Dodatkowo, tym razem mam konkretny koncept, zrodzony w lutym bodajże, gdy na historii siedziałyśmy z w/w partnerką skulone na ziemi przy kaloryferze, dzieląc się słuchawkami z radioaktywnymi wyobrażonymi smokami i wypuszczając myśli na manowce zamiast skupić się na wykładzie. Bóg chyba w tym momencie upuścił wazę z natchnieniem i całkiem sporo się wylało na ten nasz ziemski padół, bo K w tej samej chwili również doznała olśnienia, w okamgnieniu tworząc fantastyczny świat i postaci, które wkrótce długopis miał obudzić do życia. 
  Piosenkę, która mojej potrzebie pisarskiej jest winna, zamieszczam, bo mogę. I dlatego, że lubię mieć rzeczy, które mnie inspirują, u siebie. c: