Wakacje się zaczęły. Właściwie już w zeszłym tygodniu, w środę, po czwartej po południu. Wtedy to wyszłam z sali 303, w której przez trzy lata znosiłam edukację przedmiotu język angielski poniżej mojego poziomu oraz lekcje wychowawcze, gdyż anglistka miała również pecha być naszym wychowawcą. Ostatnie, co w tej sali robiłam, to pisanie matury z historii sztuki, notabene na poziomie rozszerzonym; gdyby egzamin ten był obowiązkowy i mógł zaważyć na moim zdaniu lub nie, nie spałabym do 28 czerwca, do ogłoszenia wyników, obawiając się najgorszego.
Matura to temat rzeka. Wielu moich współabiturientów narzeka, że to jedyny temat poruszany z nimi na spotkaniach rodzinnych - jakże zresztą w maju częstych przez pierwsze komunie. Sama również dawałam upust swojej irytacji z tego powodu, gdyż nie było wizyty u wujostwa, podczas której ktoś by mnie nie pytał albo o egzaminy, albo o studia, w ciągu ostatniego... półtora roku właściwie. Z jednej strony jest to denerwujące o tyle, o ile wszystkim się zaczyna wydawać, że w moim życiu i osobie nie ma nic interesującego poza edukacją, której się poddaję, podczas gdy moje zainteresowania leżą zupełnie gdzie indziej; z drugiej strony, trudno ukryć że mnie też prościej rozmawiać właśnie o maturach. Jest to po prostu temat wystarczająco neutralny, poza tym o bezcelowości egzaminu ustnego z języka polskiego mogłabym nadawać przez godzinę (nie, wciąż się nie pogodziłam z faktem że moja prezentacja, gdyby nie kretyńska restrykcja do piętnastu minut, trwałaby niemal pół godziny a nie przyłożyłam się do jej przygotowania wcale). (:
No comments:
Post a Comment